BLOG PAWŁA GRABIASA

November 17,2017

Wpis drugi: znwou gramatyka?

Dlaczego nie lubimy uczyć się gramatyki? Nie ważne czy chodzi o gramatykę angielską, niemiecką, rumuńską czy polską. Nie lubimy i już.

Jak nauczyciel powie na lekcji, że dziś będzie gramatyka, to odgłosy niosące się wtedy po sali można bez cienia przesady porównać do tych dolatujących z zoo, kiedy ulubiony sprzątacz szympansów zdradzi swoich podopiecznych zgarniając kupy surykatek na oczach tych pierwszych. Zbyt drastycznie? I dobrze. No po prostu dramat, masakra i dlaczego pan nam to robi?! No właśnie. Dlaczego to robię?

Ostatnimi czasy bardzo popularne są metody nauki języków "bez gramatyki". Widziałem nawet film na YT zatytułowany "Gramatyka - Twój największy wróg" (czy coś w tym stylu) i opowiadający o tym, jak bardzo uczenie się gramatyki przeszkadza w zdobywaniu "prawdziwych" kompetencji językowych! I to nie jest odosobniony przypadek. Twórcy takich metod przekonują nas, że dzieci uczące się swojego języka ojczystego wcale nie znają jego gramatyki, a mimo to dość szybko są w stanie się z nami porozumieć. Totalna bzdura. Dzieci oczywiście znają gramatykę - nie w teorii, ale w praktyce. Na początku podstawową, ale to wystarczy. Wszyscy znamy gramatykę naszego ojczystego języka. Nawet jeżeli nie wiemy, co to jest imiesłów przymiotnikowy bierny [1], wcale nie przeszkadza nam to w poprawnym używaniu go na co dzień. Wiele razy słyszałem też, że przecież gramatyka nie jest nam w ogóle potrzebna, żeby mówić w obcym języku. No pewnie, że nie. I w polskim w sumie też nie. Tak jak i ortografia, ale czy lubimy czytać coś takiego:

"kiedy spotkam cie moj ksiaże kiedy kontakt znów nawiąże Mam juz dosyć czekania na telefon spoglondania tylko ty w mej głwie"[2]

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie twierdzę, że naukę języka obcego trzeba od gramatyki zaczynać. Nie twierdzę nawet, że jest ona najważniejsza w całym procesie nauki. Wszystko zależy od tego, jakie są Twoje potrzeby. Chcesz tylko umieć się porozumieć, nieważne jak, ale skutecznie? Wystarczy, że wkujesz pewną ilość słówek (np. 1000) i bez problemu osiągniesz to, co osiągnąć zamierzałeś/aś - w końcu, żeby zamówić pokój w hotelu wystarczy powiedzieć "room", zamiast "Can I have a room, please?". Ale w pewnym momencie nauki, kiedy zamarzy Ci się kulturalna rozmowa na poziomie z poznaną przed chwilą dziewczyną bądź chłopakiem, nie wystarczy kilka słów kluczy. Powiem więcej - w pewnym momencie znajomość nawet bardzo podstawowej gramatyki wszystko ułatwia. Przede wszystkim zyskujemy pewność siebie. Pamiętam, jak wielką rewolucją było dla mnie zrozumienie, że zawsze (ZAWSZE), kiedy na początku zdania dam osobę, a zaraz po niej czasownik, stworzę całkiem sensowne zdanie w języku angielskim.

Nie próbujmy za wszelką cenę wszystkiego skracać i ułatwiać. Szczególnie jeżeli od samego początku to wcale nie jest aż takie trudne. Nie szukajmy zawsze na siłę trików, sposobów i sztuczek. To dzięki tej choćby odrobinie wysiłku, który musimy w coś włożyć, odczuwamy po wszystkim tak wielką satysfakcję.

To naprawdę nie jest aż tak trudne. Nie róbmy sami z siebie półgłówków. Bardzo proszę.

[1] Na przykład: "Zrobione!"

[2] Źródło: http://www.wiocha.pl/830238,Lajkowanie-swoich-postow-na-fb-i-bledy

Psst. To samo, ale na wordpress jest TUTAJ

July 5,2017

Wpis pierwszy: dobry nauczyciel

Na początek strzelę sobie w kolano. Chciałbym się do czegoś przyznać - słaby ze mnie nauczyciel.

Na studiach nie uważałem za bardzo na zajęciach z metodyki nauczania. Już na jednych z pierwszych zajęć zdałem sobie sprawę, że teoretyzowanie o tym, co może, a co nie powinno wydarzyć się na lekcji jest jakąś totalną bzdurą i stratą czasu. Jeszcze gorsze zdanie miałem o wkuwaniu na pamięć regułek jakichś słynnych metodyków z lat minionych. Ci współcześni zresztą też nie potrafili przebić się do mojej świadomości. Nauczyciel to nie jest zwykły zawód, taki, którego można nauczyć się z książek. Można nauczyć się swojej dziedziny: geografii, historii, matematyki, języka angielskiego, ale nie można nauczyć się jak uczyć innych ludzi. Koniec kropka. Znałem wielu ludzi, którzy doskonale znali dziedzinę, mogli być nawet wspaniałymi naukowcami, a swojej wiedzy nie potrafili przekazać. Paradoksalnie do jednej z tych osób należała pani, która próbowała nauczyć mnie na studiach metodyki. I z drugiej strony - poznałem ludzi, którzy mieli braki w swojej wiedzy, ale nie przeszkadzało im to w skutecznym przekazywaniu tego, co akurat wiedzieli. Czy znam takich, którzy mają i pierwszy i drugi składnik? Znam. I to całkiem sporo. Bardzo niewiele z tych osób pracuje w ramach polskiego systemu oświaty.

Osobiście nie wierzę w metody, które gwarantują skuteczne nauczenie kogoś języka czy jakiegokolwiek innego przedmiotu. Nie wierzę zarówno w metody tradycyjne, jak i te nowe, rewolucyjne (mam czasem wrażenie, że już wkrótce będzie nas można nauczyć obcego języka w kilka godzin). Albo inaczej, metody bywają nawet ciekawe i czasem bardzo przydatne, ale żadna z nich nie zastąpi dwóch podstawowych rzeczy, bez których nauka nie przyniesie spodziewanych efektów: chęci ucznia do nauki i dobrego nauczyciela. A jaki nauczyciel to dobry nauczyciel? Taki, który zachęci ucznia do nauki. Takie błędne koło. Nie będę odnosił się teraz do różnych podręczników i definicji, nie będę cytował Taraszkiewiczów, Muszkiet i innych Włodarskich. Milion książek o tym jak być dobrym nauczycielem można przeczytać i w dalszym ciągu być nauczycielem w najlepszym razie miernym. Nauczyciele nie lubią swojego zawodu. Nawet jeżeli do szkoły przyjdzie ktoś pełen pasji i planów, jak te małe (lub nieco większe) monstra czegoś nauczyć, to najczęściej jest tylko kwestią czasu, żeby mu ten zapał przeszedł (i to jest temat na zupełnie inny, i duuuuużo dłuższy wpis o biurokracji, radach pedagogicznych, apelach, dekoracjach na tablicach...). Najgorsze jest jednak to, że bardzo dużo nauczycieli już idąc pierwszego dnia do pracy wie, że tego nie lubi i raczej nie polubi już nigdy. I to jest straszne. Tak jak nie ma złotej metody, która wszystkich nauczy, tak i nie ma cudownego sposobu na zostanie dobrym nauczycielem.

Jak zatem zostać dobrym nauczycielem, jeżeli bardzo się chce takim zostać? Nie uważać na lekcjach metodyki. Nie myśleć o tym za dużo. Nie czytać podręczników metodycznych i pedagogicznych. Unikać wszystkiego, co choćby wspomina o misji współczesnego nauczyciela. Po prostu pójść na praktyki, przeprowadzić swoją pierwszą lekcję i zobaczyć, czy się spodoba.[1] Ja tak zrobiłem. I naprawdę dobrze na tym wyszedłem. Reszta przyszła sama, razem z doświadczeniem, którego nie da się ani kupić, ani wyczytać z nawet najmądrzejszych książek.

Nie utożsamiam się z definicjami, podręcznikami do metodyki ani różnego rodzaju misjami. Słaby ze mnie nauczyciel. A jednak uczniowie mnie lubią. I co najważniejsze, bardzo dużo z moich lekcji wynoszą. Da się?

[1] Moja żona też tak zrobiła. Z jedną drobną różnicą: już na pierwszej lekcji zdała sobie sprawę, że będzie to też lekcja ostatnia. Bardzo szybko zmieniła specjalizację i nigdy nie została nauczycielem. Brawo Ona!

Psst. To samo, ale na wordpress jest TUTAJ

KONTAKT

 Telefon: 793 208 780
 E-Mail: info@rockyourenglish.pl